warzyła sroczka kaszkę jaglaną

i co dalej?

czwartek, 3 lipca 2008

wth vr hrtbt

Jestem trochę jak amerykański sportowiec. Taki, który idzie przez życie i podejmuje wyłącznie właściwe decyzje. Jest męski, szowinistycznie zbudowany, ma olśniewający uśmiech i sforne futro z niedługich, ostro zakończonych włosków. To obrońca maluczkich, wytrwały sygnatariusz odezw i protestów amnesty international. W jego życiu rolę odgrywają sport, uczucia, szlachetność, a z ojcem regularnie wyjeżdża na górskie szlaki. Pod wpływem słonecznych promieni gorzeje mu twarz i skóra zdobywa pomarańczowy przymarszcz. Czasami sportowiec schodzi z podium, zdejmuje buty, koszulkę, spodenki. Majtki. Skarpetki. Patrzy w podłogę. Lub gdzieś tam. Właśnie w takim momencie przypominam go najbardziej. W żadnym innym.

Zakładam buty. Schodzę sam, po schodach trzech pięter. Pusta uliczka. Znikąd nie podbiegają reporterzy, kamery nie włączają się z trzaskiem. Idę do sklepu, niezauważony przez nikogo, wracam z uczuciem jeszcze szczuplejszym. Trochę więcej wydanych pieniędzy, wyrzucone śmieci, woda z kranu leci, gdy myję zęby i smutne sumienie z powodu środowiska. Każdego ranka wstaję za wcześnie, przeganiam z balkonu wrzeszczącego wróbla, on leci parę metrów dalej, przysiada na podwórkowym drzewie i drze się jeszcze głośniej, bo z pretensją. Mówię dobranoc do poduszki, powtarzam dzieńdobry wszystkim zdarzeniom, jakie mnie jeszcze zaskakują. Wpisuję hasło na portal randkowy. Przysypiam. Jestem sam i dzięki temu unikam okazji, w których mógłbym dowiedzieć się, że prawdziwe szczęście już za mną.

Nieważne jak dużo piosenek o miłości słyszałem, ile filmów o złamanym sercu widziałem, a ilu już nie miałem siły oglądać. Nawet jeśli nic nie wychodzi i myślę, że tylko ludzie na wózkach mają gorzej. Powtarzam, że jestem ponadto, ale to światło nigdy nie gaśnie, potrafi przebić się między zaprawą murarską i błysnąć obietnicą. Odkładam na bok szydełko, koronki, zrzucam kraciasty pled, wychodzę na miasto, w kawiarni zamawiam herbatę z cytryną i ciastko. Myślę, że wszystko co złe, dzieje się tylko w mojej głowie, cieszę się, gdy z niej uciekam. Do klubów, spotkań z przyjaciółmi, którzy mogą poznać mnie z podłączoną do prądu latarnią. Kupuję ręcznik i klapki, planuję wyjazd nad morze, znajduję romantyczny hotelik i jestem gotowy, chociaż jeszcze trzy dni temu wypełniałem krzyżówki i kasowałem bilet do pracy.

Kładę się spać trochę bardziej nieszczęśliwy wieczorem niż byłem nieszczęśliwy rano. Zaglądam na portal. Odpowiadam nijako, zaczepiam niemrawo, najlepsze słowa odwiedzają kogoś innego i prowadzą prosto do łóżka z seksem bez majtek. Strzelają gumki. Trzymam otwarte okno, maluję paznokcie kiedy nikt nie widzi.

Śnią mi się piękne kobiety ozdobione długimi włosami, rozebrane do samych piersi i lekkich cipek. Częstują szampanem i truskawkami, rozgniatają pościel dojrzałymi udami. Chichoczą i poważnieją na przemian, dwie z nich wyglądają jak prezenterka telewizyjna, w której podkochuję się potajemnie. Ale mają milszy głos. Ale nie mrugają tak do kamery. Siedzę w skorupce wielkiego jajka, wyłożonego piórami boa. Dziewczęta chodzą, krążą i ćwierkają, podlatują coraz bliżej. Jedna z nich puka w skorupkę pomalowanym na żółto paznokciem. Prosi, żeby umówił się z nią jutro. Na przystanku. Na rogu. Szarej i Królewskiej.

Odkładam spotkanie z przyjaciółmi i idę. Ładnie ubrany, wyprasowany. Pachnę. Nieco za mocno, wiatr niesie kule zapachu i strąca z nóg przechodniów z zakupami. Pomidory sypią się jak groszek. Złorzeczenia wpadają w szczeliny chodnika. Czekam jak na autobus, który nie przyjeżdża, to jest połączenie prosto ze snu, nie ma go w rozkładzie jazdy. Ale jestem cierpliwy, przecież wiem, że jeśli nie dziś, to jutro, jeśli nie jutro to następnego dnia i tak aż do nigdy. Gorący ołów leje się za koszulę i plami. Włosy pod pachami spychają sznury kropelek, swędzi mnie w gaciach i nie mogę się podrapać. Stoję i czekam 55 minut, o dziesięć minut dłużej niż trzy kwadranse. Jednak nie mam nic lepszego do roboty. Żadna kobieta nie ma paznokci pomalowanych żółtym lakierem. Kolor nie miga nawet w szybie.

Następnego dnia nie potrafię skupić się przy pracy. Telefony odbieram z wyraźnym mruczeniem, do wyrazów dopisuję tanie przymiotniki. Erudycja i polot trafiają do mnie z wyprzedaży, mają rozciągnięte rękawy i krępują ruchy. Upada szklanka, ktoś ma pretensje, nie zamykam okna przed wyjściem i deszcz zalewa biurko. Wtedy już stoję w strugach, pod parasolem ze złamanym drucikiem, ładnie ubrany, wyprasowany. Pachnę. Chmury zapachu zbijają się w stado owiec pod kopułą parasola i oszałamiają mnie, zamykam oczy i widzę żółte rękawiczki, pod powiekami, żółte szpileczki, małą żółtą torebkę. Czekam 55 minut, o dziesięć minut dłużej niż trzy kwadranse, nie mija mnie nikt, pada coraz silniej, dwie szczeliny odrywają się od chodnika i spływają do studzienki kanalizacyjnej, niczym wyrwane włosy. Mówię dobranoc do poduszki, rano przeganiam wróbla z poręczy balkonu.

Odwołuję partyjkę skrabli, rezygnuję z przyjęcia w ambasadzie, oddaję główną wygraną z powrotem do kolektury. Przyjaciele przychodzą na obiecaną kolację i zastają puste mieszkanie, rozrzucone ubrania na łóżku. Wybrałem coś ładnego, nowe buty, nowa parasolka, huragan perfum wzbija się do nieba i powoduje pomór gołębi. Na gładkim chodniku, na rogu Szarej i Królewskiej nikt nie nosi palców w żółte paznokcie, nie otwiera sklepu, który znikł tuż po moim przyjściu, nie zakręca z zakupami do domu, przez uchylone drzwi słychać biały szum radia. Jeśli przejedzie tędy samochód, kilka metrów dalej rozbije się o latarnię lub krawężnik, nie będzie czego naprawiać, rośnie sterta blach i rdzy, z fasady urywają się płaty świeżej farby, policja odradza zapuszczanie się w te rejony. Czekam 55 minut, o dziesięć minut dłużej niż trzy kwadranse. Bateria w telefonie rozładowuje się zanim zdążę odebrać połączenie. Klawiatura rozsypuje się. Zaczyna mocniej wiać.

Brat i rodzice proszą, abym przyjechał na kilka dni, odpoczął i oderwał się, więc obiecuję, że niebawem, zasłaniam się pracą, biorę zwolnienie lekarskie, oglądam telewizję do późnego popołudnia, jest coraz więcej smutnych wiadomości i w sitcomie zacina się śmiech z puszki. Otwieram szafę. Prasuję. Biorę prysznic. Zaczynam nową butelkę perfum, odgryzam szyjkę i wypijam całą zawartość. Puszczam kwieciste wiatry, kiedy mrugam powiekami, piękny zapach trzepocze przez kilka chwil na wysokości mojej twarzy. Chodnik wyrównuje się z jezdnią, budynek na rogu Szarej i Królewskiej wtapia się w ziemię jak wytrącone lody. Niewiele przeszkadza, widok rozpościera się na półparterowe miasto, z ulic wystają dachy samochodów, nie słychać kroków, wskazówki przestają się obracać, ich tykanie było jak echo stukających w skorupkę paznokci, długich, kształtnych, naturalnych, pociągniętych równo żółtym lakierem koloru stygnącego słońca. Czekam 55 minut, o dziesięć minut dłużej niż trzy kwadranse, dodatkowe dziesięć minut, które wystarcza, żeby głodna studzienka wessała wszystkich ludzi, całą ziemię i cywilizację kryjącą się w piwnicach, ostatni wlatuje wróbel i moja poduszka, której po cichu mówię dobranoc.

Archiwum bloga